Wypowiedź Przewodniczącego Kapituły Konkursowej 25 Lubuskiego Wawrzynu Literackiego prof. Jerzego Madejskiego zamieszczona w pierwszym tegorocznym numerze Pegaza Lubuskiego może okazać się dla mojego pisania przełomowa. W powyższym numerze (str. 7) można przeczytać obszerny fragment nagrodzonych „Poprawin”.

Wiadomość o nagrodzie Lubuskiego Wawrzynu Literackiego ukazała się także w Gazecie Podlasia

ttp://www.siedlce-zwiedzanie.pl/ksiazki.htm



Pierwszy tekst poświęcony moim „Poprawinom” ukazał się w Gazecie Podlasia.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Piątkowski-1024x582.jpg

http://prolibris.net.pl/recenzje/1129-pisarka-z-zielonej-gory

 Halina Grochowska, Poklask, Novae Res, Gdynia 2015, 294 s.

Przed wielu laty, kiedy poznałem młodziutką uczennicę technikum elektrycznego, idącą aleją Niepodległości, niewysoką, czarnowłosą, nie mogło mi nawet przyjść na myśl, że ta dziewczyna, trochę wtedy nieśmiała, za jakiś czas, kiedy to w jej życiu sporo się zmieni, zajmie się pisaniem prozy. I tak właśnie się stało. Bardzo mnie to zaskoczyło, a zarazem uradowało, gdy mi niedawno swoją pisarską skłonność wyjawiła. Halina z domu Strykowska, a obecnie Grochowska, ma za sobą opublikowane już dwie pozycje prozatorskie: Pokłon (2013) i Poklask (2015). Trzecia pozycja ma się ukazać niebawem (opatrzona tytułem Podniesienie). Wiem to od samej autorki.

Losy życiowe sprawiły, że mieszka obecnie na pięknym Podlasiu, lecz Zieloną Górę zachowała w swojej żywej pamięci. Do jej realiów właśnie dokumentalnie i wspomnieniowo, i wyobraźniowo wraca na kartach tworzonej literatury. I nikt w zasadzie o tym fakcie tu, na miejscu, nie wie, co mnie nieco dziwi. To, co czytelnik szybko zauważy, gdy przeczyta wymienione tytuły, to po pierwsze, niepowierzchowne przywołanie dawnej topografii miasta, nazw ulic, sklepów, wyglądów różnych miejsc i zaułków, także znajomych autorce osób, przygód dziecięcych, koleżanek ze szkoły itp. Wielu ówczesnych wizerunków miasta, ze względu na jego sukcesywną przebudowę, jednak już nie ma. Jej dom rodzinny, a właściwie mieszkanie (na parterze) przy ulicy Moniuszki, w którym bywałem, jeszcze istnieje. Nie tak dawno zajrzałem tam. Te same drzwi, ciemny korytarz, okna wychodzące w stronę skweru. Ale, bagatelka, wszyscy lokatorzy już są inni, nieznani mi, dawni mieszkańcy wyprowadzili się w tym sensie, że poumierali. Zresztą rodzice pisarki Grochowskiej też już nie żyją. To, co zostało, to szczątki dawnego klimatu i nastroju pieczołowicie zaznaczanego w publikowanych opowiadaniach. Na poziomie placu Słowiańskiego, czyli nieco wyżej, pobudowano, wcześniej wyburzając kilka domów, pokaźny gabarytowo hotel „Ruben”, a od południa biegnie ulica Konstytucji 3 Maja. Obecnie przejeżdżam tamtędy co najmniej dwa razy w tygodniu, gdyż robię warzywno-owocowe zakupy na targowisku przy Owocowej. I czasem w stronę domu i jego otoczenia, przedstawionego na kartach prozy rzucam spojrzenie. To po pierwsze. A po drugie. W opowiadaniach Grochowskiej zostało zapisane coś jeszcze, coś niebagatelnego – miniony już klimat życia w PRL-u. Autorka przypomina codzienność tamtego życia, wszystkich egzystencjalnych kłopotów, nieustannego starania się o deficytowe mięso, masło, kawę i inne dobra. Autorka przywołuje kolejkową rzeczywistość, ludzi ustawiających się od wczesnego rana albo nawet już od godzin nocnych, czyli na długo przed otwarciem sklepów, by się zaopatrzyć w potrzebne produkty spożywcze.
Zresztą nie tylko spożywcze, bo i we wszelkie inne, jakiekolwiek produkty nieustannie deficytowe, na zakup których kolejkowe komitety sporządzały dla porządku i ładu zapisy. Znam to wszystko z autopsji. Też godzinami stałem, czekałem na to, co transport dostarczy. Grochowska podpatrzyła świetnie te sprawy, nie pomijając otoczki ideologicznej propagandy i indoktrynacji, która towarzyszyła ludziom w zakładach pracy, w szkole i w kolejkach również. Odzwierciedlały one nastroje społecznie, więc służba bezpieczeństwa owe kolejki regularnie inwigilowała. Myślę, że na ukazaniu tych różnych spraw „zielonogórskich” polega zasługa pisarki.
Pokłon, jak i Poklask wypełniają liczne obrazy i epizody z życia ludzi żyjących w rzeczywistości minionych dekad. Można rzec, iż stronice jej książek są wypełnione kadrami życia, jakby zatrzymanymi na czarno-białej kliszy. Autorka uchwyciła naznaczone piętnem egzystencjalne trudy i szarzyznę, a także strach i respekt przed możliwymi szykanami ze strony władzy. I zarazem opisuje Grochowska nie dające się wymazać ze świadomości okropne doświadczenia wojny pokolenia przybyszy. Książki mają wielu realnych bohaterów: grono pedagogiczne szkoły, uczniów działających w ZMP i ZMS, organizujących apele „ku czci”, pracowników nowo wybudowanego kombinatu, junaków walczących o przodownictwo pracy, matki i ojców próbujących zapewnić lepszy byt swoim rodzinom. Są to sprawy już zasadniczo nieznane młodemu pokoleniu. Trudno tamtą rzeczywistość dziś zrozumieć i sobie wyobrazić, bowiem dziś np. pojęcia „puste półki” lub „ocet i liście laurowe”, przy obfitości wszelakich dóbr i towarów w marketach, brzmią bardzo niedorzecznie. Abstrakcyjnie. A wtedy sprostanie codzienności wiązało się wręcz z heroicznym wysiłkiem. Książki Haliny Grochowskiej mają odbiorców, nie tylko dlatego że przywołują historyczną już rzeczywistość, ale i z tego powodu, że tchną autentyzmem przedstawienia, nacechowanym żywą autorską narracją oraz dialogami. Umiejętnie wplatane są wątki romansowe, które dodają prozie urozmaicającego ją kolorytu.

Czesław Sobkowiak

a 2016 – 3 stycznia2017

  rhttp://tygodniksiedlecki.com/t37937-jestem.jak.brukselka.htm

 
 

Jestem jak brukselka

Siedlce

Tomasz Markiewicz 2017-01-12 12:36:29 liczba odsłon: 2410
Halina Grochowska

Halina Grochowska

Z Haliną Grochowską rozmawia Tomasz Markiewicz

reklama

 
Halina Grochowska – mieszkanka Czepielina (gm. Mordy). Szczęśliwa żona, matka, babcia. Do emerytury pracowała jako inżynier elektryk. Potem napisała dwie książki „Pokłon” i „Poklask” (kończy pisać trzecią). Książki Haliny Grochowskiej to powieści obyczajowe z ukrytymi skrzętnie elementami autobiografii, reportażu i kroniki. „Czytając je, możemy odnieść mylne wrażenie, że zachowania rodziców, małżonków czy dzieci ukazanych w powieściach są nieetyczne. Ale po refleksji przychodzą inne spostrzeżenia. Wiele rzeczy zrozumiemy dopiero po wielu latach” – mówi znawca literatury Łukasz Wawryniuk. – Pani Halino, jak się pisze książki na emeryturze? – Pisze się dobrze. Ja ludzi w moim wieku, którzy zaczynają dopiero swoją przygodę z pisaniem – i to często z dobrym skutkiem – porównuję do brukselki. Ta kapusta warzywna swoje pierwsze owoce wydaje dosyć późno, bo w listopadzie, z nastaniem pierwszych mrozów. Wtedy jest już po sezonie i wszystkie inne warzywa odchodzą w niebyt.– Pisze Pani zwykle wczesnym świtem… – To prawda. Nie mam zbyt wiele wolnego czasu. Jest mąż, wnuki i gospodarstwo: ogród z prawie hektarowym sadem. Na pisanie wykrawam czas bardzo wcześnie rano. Bywa, że już o godz. 8.00 wstaję od klawiatury, żeby na chwilę odetchnąć i zrobić coś koło domu. Zanim zrobię jedno, drugie i trzecie, okazuje się, że mija kilka godzin i mamy już wieczór. Moje dochody z pisania, jak na razie, są tak niskie, że nie mam prawa żądać od domowników, żeby dali mi święty spokój.– Na spotkaniu autorskim w Bibliotece Pedagogicznej w Siedlcach przytoczyła Pani słowa nieżyjącego już prof. Władysława Bartoszewskiego: „Pisanie książek nie opłaca się, ale warto!”. Dlaczego? Co Pani zyskuje? – Przede wszystkim naturalną zdrową pewność siebie. A jeśli chodzi o inne plusy pisania, zwiększa się biegłość gry w scrabble… A pan gra w scrabble?– Nie. – To taka zabawa w układanie krzyżówek. Trzeba mieć dobrą pamięć, szybko liczyć, dysponować dużym zasobem słów i w sposób biegły z tego zasobu korzystać. Podczas pisania tę biegłość się rozwija. Ja, proszę pana, mam już 65 lat i to, o czym mówimy, jest odsunięciem w czasie problemów z pamięcią i percepcją. Sobotnie i niedzielne granie w scrabble to u mnie w domu małżeński rytuał. Prowadzę bardzo gruby brulion i zapisywane w nim wyniki wskazują na to, że coraz częściej udaje mi się wygrywać.– Jak się Pani uczyła warsztatu pisarskiego? – Nie mam żadnego warsztatu. Piszę szczerze, z sercem, spontanicznie. Każdy fragment napisanej prozy czytam kilka razy i wyrzucam niepotrzebne słowa. Nauczyłam się tego w pracy. Całe swoje zawodowe życie zajmowałam się obwodami i sieciami elektrycznymi, układami maszyn. Zdarzało mi się pisać sprawozdania z awarii urządzeń albo zasady działania styczników i musiałam zrobić to w taki sposób, żeby każdy zrozumiał. Podstawą jest zwięzłość. Przeczytałam gdzieś, że w Anglii przy nauce języka uczniom zadawany jest temat do opracowania oraz liczba słów, jakiej mogą użyć. Mnie na przykład zdarza się pisać w punktach. Kiedyś, gdy opisywałam silnik szeregowy, wymieniając jego wady i zalety, robiłam podobnie. I ten nawyk mi pozostał.-Wiem, że pisanie jest dla Pani pewnego rodzaju psychoterapią albo – inaczej – odreagowaniem trudnego dzieciństwa. Autorzy czasem nieświadomie powtarzają lub powielają w swoich książkach podobne postacie, cechy bądź zachowania. Zauważyła Pani u siebie coś podobnego? – A wie pan, że tak… W obu moich powieściach pozytywny bohater ma oszpeconą twarz. Dopiero niedawno z pomocą koleżanki psychoterapeutki doszłam do tego, skąd to się wzięło. Jedna z moich bardzo bliskich osób miała oszpecenie na twarzy, które trzeba było operacyjnie usunąć.

– Jakie sceny i wątki sprawiają Pani największą trudność przy pisaniu?

– Erotyczne. Zaczynam powoli je wprowadzać, ale one są najtrudniejsze. Wymagają odwagi, taktu, delikatności, wyobraźni. Ważna jest również oryginalność opisu, bo przecież wszystko na ten temat na świecie już wymyślono. W moim wieku mogę sobie pozwolić na odwagę, bo jeśli mój opis będzie ciekawszy i ktoś będzie podejrzewał autorkę o wyuzdanie, to nie jestem w końcu dwudziestoletnią panienką i nie grozi mi to, że chłopcy nie będą się garnąć do żeniaczki.

– Kiedy patrzy Pani wstecz na swoje życie, to z poczuciem, że układało się ono tak, jakby sobie Pani życzyła?

– Nie. Było mnóstwo ostrych zakrętów. Kilka razy widziałam przed sobą mur i nie wiedziałam, czy go w ogóle pokonam. Bywały sytuacje beznadziejne. Dlatego tak bardzo ważne jest, żeby w życiu przestrzegać pewnych zasad. Jeżeli dzieje się coś bardzo złego i nie wiem, co mam dalej robić, to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi: „Zadbaj o siebie, zadbaj o swój organizm”. Jeżeli jest zdrowy rozsądek i jasny umysł, to wyjście z problemu również się znajdzie. Najgorsza jest szamotanina. Kiedy chce się zapalić, wypić, zrobić coś destrukcyjnego. To pierwsze, na co ludzie mają ochotę, i wtedy przegrywają. Idą na dno